Powrót do cywilizacji

Dzień siedemnasty (Lago Viedma – El Chalten) / 7 kwietnia 2012 roku

To już jest stały element mojego dnia – pobudka mocno przed wschodem. Nim na dobre otworzyłem oczy już wiedziałem, że nie będzie lekko. Co kilkadziesiąt sekund schodzą potężne podmuchy wiatru. Pomiędzy nimi trwa natomiast cisza. No ale lepsze to niż wiatr wiejący stale :-).

Ubieram się ciepło i wychodzę z namiotu. Niebo nad odległymi brzegami jeziora powoli się różowi. Będzie piękny wschód. Tylko ten wiatr. Idę nad brzeg porobić trochę zdjęć. Po kilku minutach jestem mokry od wody, którą podmuchy wiatru podrywają z jeziora i unoszą daleko w głąb lądu. A co dopiero na brzegu jeziora. Wiatr chłoszcze mnie z lewa i z prawa. Rzuca się na mnie niczym sfora na rannego zwierza. Podmuchy są czasami tak silne, że nie idzie ustać. Za każdym razem muszę chować sprzęt – inaczej będzie mokry. Z drugiej strony ta walka z wiatrem jest niesamowita i sprawia mi dużo radości. Na szczęście są także okresy ciszy i wtedy skupiam się na fotografowaniu.

Słońce oświetla szczyty pomarańczowo-żółtym światłem. Wygląda to niesamowicie. Później przenosi się coraz niżej i niżej. Lodowiec zaczyna goreć. Pojawiają się chmury typowe dla Patagonii. To one zwiastują silny wiatr. Krajobrazy zapadają w pamięci. Chciałoby się tutaj spędzić jeszcze kilka dni i oglądać takie właśnie obrazy. Szukam pojedynczych drzew i innych elementów i wykorzystuje je jako pierwszy plan w swoich zdjęciach. Cieszę się, że tutaj dotarliśmy. Każdy zapamiętany obraz tego poranka był tego wart.

Wreszcie słońce staje się zbyt silne i zaczyna też znikać za chmurami. Czas na odwrót. Po 10 docieram do obozu. Antek czeka na mnie z gorąco herbatą. Jeszcze krótki odpoczynek, wczesny obiad składający z liofa i zaczynamy się pakować. Dzisiaj wracamy do cywilizacji. Na szczęście wszystko wyschło w wietrze, pakowanie jest zatem całkiem przyjemne. No i ta świadomość, że dzisiejszą noc spędzimy w prawdziwych łóżkach, a na kolację zjemy pyszne mięso popijając winem dodaje nam sił. Przed nami jednak wiele godzin drogi. Z Adamem umówiliśmy się o 15.00. Co, biorąc pod uwagę zmianę czasu, oznacza 16.00.
Żegnam się z lodowcem Viedmą i ruszamy w drogę. Wiatr cały czas nam towarzyszy. Jakby chciał nas zatrzymać. Dmie okrutnie. Początkowo idziemy wzdłuż wybrzeża. Następnie wchodzimy głębiej w ląd i zaczynamy iść mocno na czuja i azymut. Trochę się na Antka wkurzam bo prowadzi po największych bagnach oraz w dół i w górę zamiast wybrać nieco łagodniejszą wersję drogi. Wreszcie mówię basta. Ustalamy na jaką górę idziemy i jaką trasą i trzymamy się tych ustaleń. Od razu idzie się raźniej :-).



Po pewnym czasie udaje nam się znaleźć słabo widoczną ścieżkę prowadzącą pośród gór. Po 2 godzinach docieramy do linii wzgórz leżących wzdłuż brzegów jeziora. Roztacza się stąd wspaniały widok. Dopiero stąd dociera do nas jak olbrzymie jest to jezioro. Istny potwór. W turkusowym kolorze. I ani jednego żagla na horyzoncie. Nic tylko przywieźć dobry jacht, wskoczyć w morskie kombinezony ratunkowe i trzymać w pogotowie dwie szybkie łodzie ratownicze plus helikopter. No ale zabawa na wodzie mogłaby być przednia przy takich wiatrach. Ach, przypominam sobie czasy za kołem sterowym.

Po wejściu na wzgórza zaczynamy trawers mający doprowadzić nas do brzegów rzeki Rio Tunel. Idziemy tak ponad 2 godziny. Pogoda jest dobra, świeci słońce, Anie za ciepło, ani za zimno, lekki wiaterek miło nas chłodzi. Moje myśli zaprząta tylko jedna mała rzecz – przejście przez rzekę. O wiele szerszą niż dotychczasowe. Tak 10-cio krotnie.

Docieramy wreszcie do miejsca skąd widać już zabudowania przystani, skąd wyruszają wycieczkowe statki na lodowiec Viedma. Oraz rzekę, którą musimy przejść. Jest szeroka, w dolnym biegu mocno rozlana. Ale właśnie tam podobno jest najbardziej niebezpieczna.

Schodzimy w dół, na pola. Docieramy do rzeki i resztek przeprawy. Wszystko stare i zniszczony – z przeprawy nie możemy skorzystać. Nurt jest tutaj szybki i zdradziecki. Długo analizujemy możliwe warianty przejścia łącznie z ubezpieczeniem na linie. Poczucie nieuchronności wejścia do rzeki jest trochę obezwładniające. Szczególnie, że potwory żyjące w takiej rzece w czasach dzieciństwa są niczym w porównaniu do potworów w niej żyjących właśnie teraz. Ostatecznie postanawiamy iść dalej, w dół rzeki. Może znajdziemy coś bardziej przystępnego?

Po kolejnych kilkunastu minutach udaje nam się znaleźć zakole poprzecinane kilkoma łachami piachu. Trzeba będzie wchodzić do rzeki kilka razy, ale nurt nie jest tutaj bystry i wygląda, że będzie płytko. Pierwszy wchodzi Antek. Dociera bez problemu do pierwszej łachy, rzuca mi klapki. Przechodzę za nim. Niestety musimy się wycofać – to co z odległego brzegu wydawało się leniwą częścią rzeki, tutaj wygląda zgoła inaczej.

Idziemy w lewo. Teraz ja przechodzę pierwszy i po chwili od drugiego brzegu oddziela mnie jedynie jeszcze jeden pas wody. Wygląda OK. Klapki lecą do Antka i po kilku minutach Antek stoi już na drugim brzegu. Mi nie chce się znowu ściągać butów i bez klapek, ufając w nieprzemakalność moich chodaków, podpierając się statywem i ocalałym kijem, biegnę po wodzie na drugi brzeg. Udał się, woda była stosunkowo płytka, w butach sucho.

Jesteśmy na drugim brzegu w granicach estancji. Przed nami kilkadziesiąt minut marszu do miejsca spotkania z Adamem. Trochę boję się lokalnych psów, więc wzmacniam czujność gotowy rzucić Antka na pożarcie, a sam salwować się ucieczką. Estancja jest jednak całkowicie wymarła – jest już po sezonie i nikogo w niej nie ma. Dwa razy przechodzimy przez płot i wreszcie docieramy do szutrowej drogi prowadzącej do przystani. Jeszcze kilkanaście minut i równo o 15 spotykamy na przystani Adama. Jesteśmy zatem punktualni :-). Adam wita nas po staropolsku. Chleba co prawda nie ma, ale dostajemy litrowe zimne piwo i karton czerwonego wina. Ambrozja bogów :-). Smakuje wybornie.

Wskakujemy do czerwonego samochodu Adama i ruszamy do El Chalten. Adam wypożyczył Fiata Adventure – wzmocnione podwozie, itp. Ale i tak najbardziej podoba mi się kolor. Marzę o dobrym wygodnym łóżku, kąpieli i czystych rzeczach. Antek proponuje nowy hostel. Rzeczywiście wygląda jak nowy. Cena dwójki jest czystym zdzierstwem, ale co tam – raz się żyje. Biorę zatem dwójkę. Dopraszam Antka w ramach podziękowania za trawers. Adam też korzysta.

Wyszorowani, w czystych ciuchach idziemy na miasto. W sklepie kupujemy wino i przysiadamy w lokalnej knajpce z dostępem do Internetu gdzie o dziwo można pić własne wino. Przy winie opowiadamy sobie tzn. Antek i ja Adamowi i vice versa swoje przygody z ostatnich dni. Cieszymy się z powrotu do cywilizacji.
Wreszcie przychodzi czas na kolację – idziemy do knajpy wybranej przez Antka, gdzie zajmujemy ostatnie miejsca. Jest przyjemnie, ogień w kominku, fajna muzyka, dużo ludzi. Porcje też są należyte. Wino wyborne. Ja wgryzam się w steka. Nie przepadam ogólnie za mięsem, ale dobrego steka lubię zjeść. Oby tylko był odpowiednio wysmażony. A ten jest. Dzień kończymy bardzo późno.

Łukasz

9 komentarzy

  1. To ile schudliście?Ale nie wszyscy razem,tylko każdy oddzielnie.Przy takim szale kalorii…Adaśka wytrząsł samochód jak jechał po wybojach a Wy w ciągłej walce z wiatrem i zimnem…Chociaż za bardzo to nie mieliście z czego chudnąć.:-).

  2. Ale wypasy mieliście z samego rana, zazdroszczę.

    Antek zostaw już te krokodyle w spokoju, wracaj do tej Patagonii i czekamy na zdjęcia :-)

  3. Nie dziwię się, że chcecie tu wrócić. Widoki zapierają dech.

  4. Do tej cywilizacji to trzeba będzie się na nowo przyzwyczajać.To nie jest chyba takie proste przejść tak nagle z nieba na ziemię.Na zdjęciach zmęczenia nie widać,nic a nic.No to czekam na C.D.:-).

    • Zmęczenia nie widać, bo my jesteśmy silne chłopaki :-). Poza tym widzieliśmy, że Adam nas fotografuje, więc wykrzesaliśmy z siebie resztę siła aby dobrze wyglądać :-).

  5. aaaahhh… lezka sie w oku zakreca, na wspomnienie tamtych dni…
    jakze by sie chcialo tam wrocic… ;)

Skomentuj