Ucieczka

Dzień trzynasty (Circo de los Altares – Refugio IHCP) / 3 kwietnia 2012

Noc była koszmarem. W końcu udało mi się zasnąć, ale co chwila się budziłem. Wiatr targał namiotem prawie do samego rana.

Wstajemy bardzo wcześniej. Mocno przed wschodem. W śpiworze ciepło, ale rzeczy w przedsionku są całe zamarznięte i pokryte lodem. Musiało zatem ostro przymrozić. Postanawiamy stąd uciekać. Jeśli dopadnie nas bowiem zapowiadany sztorm tutaj, to słabo widzę nasze przetrwanie w tym miejscu. Od decyzji do czynu. Pakujemy co się da w środku namiotu. Najtrudniej jest wciągnąć zlodowaciałe, mokre buty. Zresztą, reszta ekwipunku nie jest wcale w lepszym stanie. Robimy śniadanie – co tu dużo mówić – dzisiaj wpakowałem w siebie obiad na śniadanie, aby mieć więcej siły. Przed nami bowiem bardzo długa droga. Chcemy dotrzeć do Refugio IHCP. To jedyne miejsce, gdzie możemy się schronić przed nadciągającym sztormem. Ta droga obliczona jest na półtora dnia marszu. Przy założeniu, że zejście z lodu na skały będzie proste. My chcemy zrobić to w jeden dzień. I to dzień jesienny, gdzie słońce operuje o wiele krócej.

Bardzo żałuję, że pogoda w tym momencie i w tym miejscu nam nie sprzyja. Planowo chciałem tutaj zostać co najmniej jeden dzień. Poeksplorować góry. Porobić fantastyczne zdjęcia. Gdyby nie sztorm, to nie miałbym żadnych wyrzutów, aby zostać tutaj nawet w niesprzyjających (czytaj: zimnych) warunkach. Przyjdzie tu wrócić jednym słowem :-).

Wychodzimy z namiotu. O dziwo nad nami jest prawie czyste niebo. Chmury kłębią się jedynie na linii szczytów Cerro Torre i innych. Na zachodzie, pomimo odległości bardzo dobrze widać odległe szczyty, w tym trzytysięcznik Mariano Moreno. Nie wieje, ale jest bardzo zimno. Niedaleko połyskuje tafla Lądolodu – za chwilę ruszymy w jej kierunku. Mam nadzieję się rozgrzać marszem.

Do wschodu pozostało jeszcze sporo czasu. Nie czuję już jednak palców u stóp (mokre buty) ani u rąk (straciłem rękawiczki), stąd też postanawiam nie robić zdjęć. Choćby nie wiem co się działo. Jak najszybciej się spakować i ruszyć. Oto cel na najbliższe pół godziny.

Pakowanie zabiera nam jednak trochę więcej czasu. Zaczyna się wschód słońca. Najpierw w oddali szczyt Mariano Moreno zaczyna się rumienić. Później coś zaczyna się dziać z chmurami wokół Cerro Torre. Pomimo obezwładniającego zimna zaczynam się łamać. Może jednak wyciągnę aparat? Na chwilunię. Bo przecież nie wrócę tutaj za miesiąc.

OK, decyzja podjęta.

Rozsuwam zamki plecaka. Wyciągam sprzęt i zaczynam robić zdjęcia. Nie czuję palców. Zimno metalu zwiększa ból. Ale zaciskam zęby. OK. Zrobione.

Zaczynamy pakować namiot. Kamienie przymarzły do materiału i trzeba je odrywać. Po kilkunastu długich minutach udaje nam się z Antkiem zwinąć namiot. Jest na pewno cięższy. Pałąki są nieźle powyginane, ale przetrwały. To najważniejsze.

W międzyczasie dzieję się więcej na wschodzie. Znowu się przełamuję i wyciągam aparat odwlekając moment wyjścia. Widoki są przepiękne. Dziura w chmurach na linii szczytów wpuściła słońce. W niebo wzbijają się promienie. Wokół wszystko pogrążone w niebieskim cieniu. Bajka. W takich jednak warunkach trudno robić zdjęcia.

Wreszcie ruszamy. Plecaki nam strasznie ciążą. Związujemy się liną. Na nogach znowu raki. Wszystko co mieliśmy włożyliśmy na siebie. W oddali widać lód oświetlony słońcem. Przyspieszamy (o ile można mówić o przyspieszeniu pośród setek szczelin wokół). Wreszcie, po trwających wieczność minutach, udaje nam się dotrzeć do oświetlonej części lodowca. Korzystamy z ciepła wschodzącego słońca, a jakże. Od razu poprawiają nam się humory. W oddali widać już nadciągające ciemne chmury.

Po krótkiej przerwie ruszamy w dalszą drogie pomni trasy, jaką mamy dzisiaj do przebycia.

Pomimo zmęczenia idzie nam się wyjątkowo dobrze. Wiatr wywiał śnieg i idziemy po czystym, nieraz błękitnym lodzie. Szczeliny otaczają nas zewsząd. Łatwiej je jednak omijać, gdy nie są pokryte śniegiem. Oczywiście nadal trzeba uważać na lodowe mosty, które w każdej chwili mogą się zarwać.

Każdy z nas toczy walkę z samym sobą. Nie rozmawiamy – idziemy w końcu za sobą – względy bezpieczeństwa nie pozwalają nam iść obok siebie i toczyć dysputy. Myślę o wielu rzeczach. Najczęściej jednak moje myśli kierują się w stronę domu – Ani i Adasia. Bardzo za nimi tęsknię. I bardzo chciałbym pokazać im ten przepiękny świat, w którym teraz mierzę się z samym sobą. Poza tym podziwiam sam świat wokół mnie – po prawej stronie w oddali towarzyszą nam cały czas na horyzoncie góry odgradzające nas od fal Pacyfiku. Po lewej – całkiem blisko – wyrastają z lodu dwutysięczniki. Gdzieś w oddali widać nunataka Viedma, od którego rozpoczyna się lodowiec Viedma schodzący do jeziora o tej samej nazwie. No a wszędzie wokół – lód. Jest różnorodny. Biały, niebieski, czarny, szary. Ostry i twardy jak brzytwa. Miękki i kruchy. W tych warunkach jednak – bardzo niebezpieczny. W głowie snuje plany dłuższej wyprawy w tych wspaniałych miejscach. Gdyby tak przyjechać tutaj, na Lądolód tak na cały miesiąc? I iść. docierać do nowych miejsc, robić zdjęcia? Brzmi zachęcająco.

Musieliśmy ostro odbić w kierunku centrum Lądolodu, aby uniknąć dużych szczelin. Te są największe w miejscach, gdzie lód styka się ze skałami. Tam trzeba szczególnie uważać. Wydłuża to oczywiście naszą drogę. A wiatr się wzmaga. Znowu jednak wieje nam w plecy, coraz silniej popychając w południowym kierunku.

Wreszcie, przy całkiem silnym wietrze docieramy do miejsca, gdzie Lądolód przechodzi w lodowiec Viedma. Będziemy szli w lewo. Musimy „wbić” się w skały, co nie jest łatwe. Otaczają nas olbrzymie kamienie, przedzieramy się przez piaski i wdrapujemy na kolejne wysokie moreny. A wszystko po to, aby znaleźć drogę na wschód. Kilkukrotnie zawracamy, gdy wysokie pionowe ściany uniemożliwiają dalszą wędrówkę. W końcu musimy jedną takich ścian pokonać w dół. Nie jest pionowa, ale i tak robi na mnie wrażenie, a upadek nie skończyłby się szczęśliwie. Zaraz potem znowu wchodzimy na lód – to lodowiec Viedma. Jest czarny od pyłów i rozdrobnionych skał. Szczeliny się zdarzają – są wtedy najczęściej monstrualnych rozmiarów. Szukamy drogi.

Z mapy wynika, że powinniśmy przejść obok dwóch małych jeziorek. Rzeczywiście takie znajdujemy. Dochodzi do nich lód, który spiętrza się na wysokość kilku, kilkunastu metrów nad ich brzegami. Wygląda to niesamowicie. Wieje bardzo silny wiatr i tafla wody wściekle atakuje brzegi. Przechodzimy pod olbrzymim łukiem lodowym – zapewne pozostałością po jaskini lodowej. Ależ jest piękna. Zaraz za nią zaczyna się mozolne podejście w górę. Wiatr rzuca nami w każdym kierunku. Kierunek wiatru nie ma tu znaczenia, gdyż ten potrafi się odbić od wszechobecnych tutaj skał. Grań Hemula wyznacza nam kierunek drogi.

Postanawiamy odpocząć i coś zjeść. Docieramy do miejsca, które czasami służy jako prowizoryczne obozowisko na namioty. Chronimy się za olbrzymim głazem. Antek rozpala Jetboila, ja idę po wodę do leżącego opodal małego jeziorka. To co wiatr wyczynia na jego powierzchni jest nie do opisania. Tafla wody lata na wszystkie strony.

Jemy po liofilizacje. Dodaje nam to trochę sił. Przed nami jeszcze długa droga. Chciałoby się tutaj zostać, ale wobec sztormu nie jest to najlepsze rozwiązanie. Idziemy już pięć godzin non-stop. Godzinny odpoczynek trochę nas wzmocnił.

Ruszamy zatem do góry. Droga typowo górska – w górę i dół. Oczywiście żadnego szlaku nie ma. Idziemy według mapy. Docieramy do długiego jeziora. Wiatr już zaczyna nami szarpać. Stale. Trzeba uważać stawiając stopy, bo wiatr czasami stawia je w miejscu, których wcześniej mózg nie brał pod uwagę. Musimy wyglądać jak para pacynek.

Mijamy jezioro. Po lewej odchodzi droga na przełęcz Paso del Viento. Większość śmiałków właśnie tamtędy wraca do cywilizacji. My idziemy jednak dalej. Nasz cel to Refugio IHCP. Mała chatka położona o dzień drogi od przełęczy Hemuel.

Zaczyna padać deszcz. W połączeniu z silnym wiatrem tworzy naprawdę nieprzyjemną maszynkę. Ale nie zostaje nam nic innego jak iść dalej. Co za przygoda. Ale w pewien sposób takie warunki mi odpowiadają i mocno nakręcają na dalszą drogę.

Gubimy się. Antek wchodzi na wzgórze. Wiatr prawie go zdmuchuje ze szczytu. Ma chłopak szczęście. Schodzimy z tego wzgórza po olbrzymich, kamiennych płytach. Serce mam na wysokości gardła. Jest ślisko. Wiatr nie pomaga. Udaje nam się odnaleźć strumień. Szybki rzut okiem na mapę i uznajemy, że pójdziemy wzdłuż niego i tym sposobem dotrzemy do naszej chatki. To był bardzo dobry pomysł. Natrafiamy na wyraźną, bo poprowadzoną w ziemi ścieżkę. Po kolejnych 40 minutach docieramy do malutkiego jeziorka. Nad nim stoi mała, blaszana chata. Wygląda niepozornie, ale dla nas ma status Hiltona. Docieramy do niej po kilku minutach. Tuż przy schodach wije się strumień – nie będzie trzeba daleko chodzić po wodę.

Chatka to jedna izba. Drewniane prycze (piętrowe) ciągną się od ściany do ściany. Stół i ława. Całe wyposażenie. Ale jest sucho i nie ma wiatru, co w tej chwili jest najważniejsze. Wszędzie napisy o walecznych myszach łasych na pokarm wędrowców. Na razie nie przywiązujemy do nich większego znaczenia.

Jesteśmy cali przemoczeni. 10 minut po zamknięciu drzwi deszcz zamienia się w śnieg. Wiatr zaczyna napierać z jeszcze większą siłą. Dopadł nas sztorm. Cieszymy się, że udało nam się dotrzeć tutaj przed śniegiem – strasznie by nam skomplikował drogę.

Przebieramy się w suche rzeczy. Niestety nie mam już suchych skarpet. Zakładam zatem mokre na stopy i w ten sposób staram się je wysuszyć. Wskakujemy do śpiworów i zabieramy się za przyrządzanie jedzenia. Folgujemy sobie :-). Jem liofa. Antek częstuje mnie także makaronem. Niebo w gębie :-).

Jesteśmy strasznie nakręceni dzisiejszym dniem. Udało nam się pokonać bardzo długi odcinek trasy. Jest obliczony na półtora dnia. My zrobiliśmy go w 8 godzin non-stop plus godzinny odpoczynek. Nieźle. I to w trudnych warunkach, a nie przy słonecznej pogodzie!

Jemy, rozmawiamy. Na deser jest puszka ananasów. Smakują wybornie.

Po pełnym wrażeń dniu idziemy spać.

Łukasz

3 komentarze

  1. nie zapomnij wspomniec o kapieli w rzece! :)
    przynajmniej ja mialem ucieche! ;)

  2. Widoki zachwycające – super foty – zdjęcia pozwalają zobaczyć a opisy poznać to co odczuwaliście będąc tam na „końcu świata”.

Skomentuj